Nie przesadzajcie już z tą architekturą, nie jest aż taka zła. Zgadzam się że jest tam sporo dziwnych sytuacji, ale nie można wrzucać wszystkich do jednego worka ,,bo oni są kliką" i już. Profesor Bać jest specyficzny, ale ten egzamin udzie zdać, trzeba po prostu słowo w słowo napisać to co mówił na wykładach w czasie semestru. Jedyne co mnie się nie spodobało to że mało było materiału na wykładzie, serio, są w Polsce uczelnie gdzie trochę więcej da się z tego projektowania architektury wycisnąć. No, ale nie oszukujmy się, to się bierze z podejścia studentów, którzy te wykłady( jak i inne, nie oszukujmy się) traktują jak zło konieczne. Później zamiast iść do przodu z materiałem cały semestr słucha się w kółko tego samego, do znudzenia. Nie zgodzę się by akurat profesor Bać był osobą tak problemową, nie oszukujmy się przecież znacznie ciężej jest zaliczyć semestr u doktor Bać... Jeżeli mam ocenić zajęcia z projektowania architektonicznego to uważam że profesor Gronostajska to było to. Słyszałam gro złego pod adresem pani profesor, ludzie mi mówili że ,,kiedyś taka fajna nie była", ale ja te zajęcia wspominam bardzo pozytywnie. Nawet powiem że tak powinny te ćwiczenia wyglądać, bardzo sprawiedliwy system oceniania, takie trzy wyraźne etapy pracy z projektem, jeden bardzo ideowy, drugi taki zasadniczy, konkretny bo rozwiązywało się budowlane zagadnienia, a na końcu taki kosmetyczny, przygotowanie do oddania projektu. Te zajęcia były po prostu kapitalne, zawsze starczało na wszystko czasu i w sesji był lux torpeda, zero stresu z wymieszanymi projektami z egzaminami. I nie było kombinowania. Jak ktoś olewał zajęcia to oddać nie mógł i musiał powtarzać rok. Oceny były wystawiane na forum grupy a nie zaocznie gdzieś w kuluarach, co bardzo mi się podobało bo niestety na podstawowych usługach na wsi był taki chaos że nie potrafię tego nawet streścić w jednym zdaniu. Na zajęcia ludzie nie chodzi przez co prowadzący także gdzieś znikali, później leciało się na złamanie karku z projektem a pan doktor oznajmiał że nie będzie konsultował oddania i wszystkim nie zaliczy oddania bo na zajęcia przychodzi grupa a nie jeden student. Po prostu świetnie było bez dwóch zdań!... A na koniec co się okazało? Że ci co nie chodzili na zajęcia przed terminem też gdzieś tam na jakiś ,,konsultacjach" zjawili się, projekt oddali i dostali 5,0. A za cały semestr pracy mnie przypadło 3,5. Dlatego nie polecam studentom tej katedry z najwyższego piętra, obok auli. Warto oszczędzić sobie nerwów i spooooro zdrowia, uwierzcie mi! Osobiście dla mnie najgorsze dwa przedmioty w całym toku studiów to urbanistyka i projektowanie wnętrz. Oba wywołały na całym roku jakiś amok, zbiorowe szaleństwo i dopiero po pewnym czasie( szczególnie na koniec semestru) można było zrozumieć przyczynę. Jeśli chodzi o urbanistykę to wszyscy w tej katedrze są bardzo mili, bardzo uśmiechnięci i bardzo gorliwi do pomocy, ale w rezultacie ta ,,pomoc'' polega na dowaleniu studentowi takiej ilości roboty za to że z czymś przyszedł że głowa mała. Przecież na semestrach z urbanistyką doszło do tego że studenci nie robili projektów architektonicznych i nie przygotowywali się do kolokwiów z innych przedmiotów bo ciągle robili nowe analizy na urbanistykę! I przyznam się, teraz z perspektywy osoby pracującej w biurze projektowym, nie wiem po co? Analizy robiliśmy np. dojazdu osoby jadącej na rowerze z centrum miasta do w sumie wioski na obrzeżach. Czemu to miało służyć? Przecież pomiędzy tymi obszarami mieliśmy tereny wojskowe z zakazem wstępu więc poprowadzenie ścieżek rowerowych w tym miejscu mijało się z celem... ale analiza musiała być zrobiona. Podobnie było z analizą trajektorii lotów samolotów, które ten obszar omijały szerokim łukiem... ale analiza musiała być zrobiona. Jedna dziewczyna w grupie zrobiła około 50 analiz, w tym analizę kwiatostanu w okolicy... nie no, serio, ja staram się rozumieć Świat, ale tego po dzień dzisiejszy zrozumieć nie mogę. Najgorsze jest to że tam nie było zmiłuj się jak na konsultacjach z architektury. Urbanistyka najważniejszym przedmiotem była i całe tomy co przegląd były składane do oceny prowadzących. No i tu tak naprawdę zaczyna się meritum bo ja uważam że te oceny były bardzo niesprawiedliwie wystawiane. Raz że mój prowadzący, tj. doktor Wasyluk, bardzo często na zajęciach nie był i nie zawsze mieliśmy zastępstwa przez co mogliśmy całe kilka godzin przesiedzieć w sali do ćwiczeń i podziwiać upływający czas, dwa jak już przychodził to baaaaardzo lapidarnie prowadził te konsultacje. Do tego stopnia nie przywiązywał wagi do przedmiotu konsultacji że w ciągu tych samych zajęć potrafił sam sobie zaprzeczyć bo raz kazał przygotować opracowanie drogi prywatnej jako drogi publicznej dla osiedla, a pod koniec zajęć bez żadnego precedensu skomentował moją pracę ,,a na co było tę drogę ruszać?". I nie podobało mi się że gdzieś tak w drugim tygodniu listopada, gdy już był złożony projekt do pierwszego przeglądu( a otrzymaliśmy go bez oceny i bez korekty :-(( ...), pan Wasyluk przyszedł na zajęcia i gdy wreszcie przełamaliśmy się by zwrócić mu uwagę że chcielibyśmy dowiedzieć się jak konsultować projekty( bo niestety na konsultacjach w gabinecie pana doktora można było co najwyżej pocałować klamkę) powiedział ,,proszę mnie łapać w pub ,,rejs"". No i poskutkowało to tym że cała grupa( i inne grupy też) uczęszczała na spotkania w pubie w innym miejscu w mieście( to taki zaułek za rynkiem, w stronę UW) . I na tych spotkaniach pan Wasyluk pewnie świetnie się bawił bo często się śmiał, ale nam nie było wcale do śmiechu. Nie konsultował wcale lepiej niż na zajęciach, konsultacje były na podobnym poziomie, a w dodatku był tam jeszcze alkohol... Ja rozumiem że wszystko jest dla ludzi, ale jeżeli ktoś zaprasza mnie na zabawę z alkoholem to mam tą świadomość że trzeba będzie zaakceptować ten fakt i liczyć się z różnymi jego konsekwencjami. Idąc na studia nie przyszło mi do głowy że taki dylemat pojawi się w trakcie zajęć... Do tej pory nie wiem co o tym myśleć, jednym studentom podobało się to, innym nie, mnie osobiście nie było przyjemnie siedzieć w towarzystwie pana Wasyluk w tym miejscu. Później po drugim przeglądzie też nie było ocen no i zaczęliśmy się już denerwować w grupie bo nikt nie wiedział co będzie z zaliczeniami. Więc postanowiliśmy o tym porozmawiać z doktorem Wasyluk i gdy zwróciliśmy uwagę na brak ocen odpowiedział że nie ma ich ,,bo tak" czy że zapomniał, coś w tym stylu. No i ocen nigdy nie wystawił. Dopiero na sam koniec gdy przyszliśmy na oddanie i zostawiliśmy pracę innej pani doktor na górze w katedrze( bo pana Wasyluk znowu nie było w uczelni...) to pojawił się mail na cały rok a w treści ,,ci co nie mają ocen niech przyniosą poprawione projekty na poniedziałek". Ludzie, no poważnie, tak się nie robi. Zero informacji, zero kontaktu, jak wreszcie z gdzieś na korytarzu z dziewczynami zobaczyłyśmy go to powiedział że wieczorem będzie w ,,pub rejs", a na pytanie kiedy że codziennie. No i co można było zrobić - poszło się i siedziało o tej 21, potem 22, 23 z tą teczką pod pachą, którą się ciągnęło przez miasto na spotkanie, a pan doktor i tak nie przyszedł. Przepraszam, ale to było poniżej krytyki. Tak się nie robi, to był już brak szacunku do człowieka, tam siedziałam do godzin nocnych bo ,,tak tak, dzisiaj przyjdzie pan doktor na 100%" jak nam powiedziano w katedrze, a później sama tam siedziałam w kącie, w pubie sami starzy faceci, przeklinali, pili alkohol, zaczęli mnie zaczepiać, ... to było bardzo nie przyjemne bo skończyło się tak że wyszłam w bardzo nerwowej sytuacji i zostawiłam tam parę moich rzeczy i później tylko jedna się znalazła. A ocena, jakby to ująć... ci co jakoś na zajęcia nie zawitali to zdali potem na 5.0, a ja mnie przypadła w spadku 3.5. Nawet mi powiedziały koleżanki że ,,powinnam się i tak cieszyć"... Ale jest jeszcze drugi absurdalnie prowadzony kurs na tych studiach, wspomniałam że są to wnętrza. Kolejny po urbanistyce przedmiot, który pochłaniał cały czas studentów i też nie rozumiem w jakim celu. Nawet odniosłam wrażenie że niektórzy studenci poszli na te studia by mieć ten kurs zdany, ale nie rozumiem czemu nie poszli na architekturę wnętrz skoro tak ich to interesowało? W mojej grupie prowadzącym był profesor Charytonowicz i po miesiący zrozumiałam dlaczego była to najmniejsza grupa na roku i czemu paru studentów z góry założyło że ,,wezmą warunek i za rok spróbują szczęścia"... Nie wiem jak to powiedzieć, nigdy nie spotkałam się z takim sposobem oceny pracy, w której student ma milczeć i nie ważne co ma na zajęciach i tak jest to złe. Dlatego po miesiącu szczęśliwie udało mi się trafić do innej grupy i tam to projektowanie dało radę. Ale te wykłady... ludzie, jeżeli wy narzekacie na profesora Bać to zastanówcie się bo Bać to małe piwo przy ,,Charrym". Cały semestr męczarni na ergonomii późnym wieczorem, wykłady czytane z kartki, totalny chaos na sali, zero dyscypliny, zero odsłuchu, zero wiedzy przekazanej... a po ergonomii wchodził cały rok na wykłady z wnętrz i cały wykład jeszcze raz ten sam co na ergonomii. To było straszne! Serio, to już nie to że mam awersję, jakiś uraz, tego nie dało się znieść! Ale najgorsze czekało na samym końcu podczas egzaminu. Egzamin z rygorami ostrzejszymi niż na maturze czy egzaminie wstępnym, pełna kontrola, sale obsadzone wykładowcami... i o był co ten cały zgiełk? O ,,gotowiec", święty gotowiec wydziału architektury, który z pokolenia na pokolenie był przekazywany w spuściźnie z roku na rok. Na tym gotowcu były odpowiedzi na 30 pytań egzaminacyjnych, zawsze były te same pytania i ludzie pisali gotowiec, który potem podmieniali na sali egzaminacyjnej i całe 1,5h udawali że coś piszą w skupieniu. 150 prac, każda identyczna. Paranoja! A później oczywiście część studentów zaliczała a część nie... Na jakiej zasadzie to działało po dziś dzień nie wiem i chcę nie wiedzieć. Jedyne co wiem po tym przedmiocie to to że zaliczamy wedle dobrej woli pana profesora i że ,,szczytem estetyki w historii ludzkości był design NRD". Tak, taki właśnie był wniosek wnikających z analizy rozwoju myśli estetyki wypływający z wykładów pana profesora. To nie był normalny przedmiot i absolutnie nie przyjmę do wiadomości żadnych słów usprawiedliwienia. Tyle stresu ile było związanego z tym kursem to zdarzyło mi się przeżyć tylko na matematyce na pierwszym roku i na urbanistyce na drugim. Ale i tak wnętrza prowadzą w tej lidze. Na pocieszenie dodam że są na tej uczelni zajęcia fajne, do tej pory bardzo miło wspominam wszystkie plenery malarskie w parku przed wydziałem i w ogrodzie botanicznym. Jakoś na tych zajęciach nie było w ludziach tego napięcia, stali się tacy spokojni, sympatyczni. To dało się wyraźnie dostrzec, nawet na twarzach studentów znikał grymas niezadowolenia i złości. Raz tylko padał deszcz, pogoda pięknie nam dopisywała i szczerze, pomimo że nie mam super uzdolnień plastycznych ani też nie mam w sobie takiego zamiłowania to uważam że plenery malarskie były najpiękniejsza przygodą na tych studiach. Śmiem nawet twierdzić że żaden inny wydział na całej polibudzie nie może poszczycić się czymś podobnym. A do tego dochodzą też i inne przedmioty, zależy co kto lubi. Mnie ogromna ilość przedmiotów historycznych przytłaczała, pod koniec to już było nudne, naprawdę ile można? Treści tych kursów później się powtarzały i nic nowego nie wnosiły, a głównym kryterium oceny była obecność na zajęciach. Nie twierdzę że historia nie jest architektom potrzebna, ale nie aż tyle. Zobaczcie sami ile tej historii( podejrzewam że dalej tak jest) macie, a jak mało jest w sumie kursów z samej architektury. Potem okazuje się że w czasie jednego semestru mieliśmy aż trzy przedmioty historyczne, a tylko jednej z projektowania architektury, który był traktowany po macoszemu, jakby to był dodatek do studiów. Inna kwestia to przedmioty z budownictwa, tu mam na myśli mechanikę, każdy semestr budownictwa ogólnego, fizykę budowli i później akustykę. To że te zajęcia w ogóle się odbyły osobiście uważam za nieporozumienie tak niezorganizowane one były. Musiała jakaś siła wyższa roztaczać opiekę nad tymi kursami bo tam rzeczy się po prostu działy. Fizyka budowli to w sumie zaliczenie za sam uśmiech, mechanika zależy od tego na kogo się trafi, akustyka była dość fajna, ale za późno i za krótko. No a budownictwo... nieśmiertelny magister Krupa i filozofia projektowania projektu to coś co zostaje na całe życie. Szczerze, ja odczuwam sympatię do pana magistra, nawet po latach( i pomimo ,,schodów", które rozumie każdy student architektury...) , ale krew mnie zalewa gdy po latach nauki w biurze mi szef leje wiadro wody na głowę co więźbę. Patrzą się na mnie jak na wariatkę i dopiero po wycieczkach w ramach ,,dokształcenia zawodowego" na koszt mojej firmy i mojej kieszeni (>:((( ) dowiaduję się jak coś się projektuje a jak coś się projektować powinno wg pana magistra. ,,Tak się nie robi" ,,jak pani to tak zaprojektuje to widzimy się za rok na kursie prelegowanych za zdolności i wybitne osiągnięcia w nauce". Dowcip dowcipem, ale chciałabym zobaczyć jak pan magister Krupa by stanął obok mojego szefa przy jego konstruktorach i co by mądrego i zabawnego powiedział słysząc to co ja słucham codziennie i co zrozumiałam po latach. A zrozumiałam że budownictwa się nie nauczyłam w murach mojej ukochanej uczelni. Wielka szkoda, zamiast tego mam 5.0 w indeksie... Podsumowując uważam że na tych studiach w dużej mierze przyjemność ze studiowania oraz efekty kształcenia zależą od tego na kogo się trafi, no i jak się z tym kimś postąpi. Nie jest raczej tak że cała ta uczelnia to jedno wielkie ,,zło". Trzeba uważać i najlepiej reagować w porę, gdy coś się dzieje. Mnie jakoś udało się przez te studia przejść, z tego co czytam na forum wynika że niektórym chyba nie, a może i jeszcze gorzej potoczyły się ich losy. Przykro się to czyta bo studia na takim kierunku powinny być piękne, a niestety czasami rozczarowują. Moje rozczarowania dotyczyły w gruncie rzeczy najbardziej wnętrz, no i tej nieszczęsnej urbanistyki. Okropnie źle wspominam te semestry i z biegiem lat widzę że był to czas stracony. Cały ten wysiłek, a ciężko było podobał wymaganiom baaardzo nonszalanckich wykładowców, którzy je ,,prowadzili"( cokolwiek autor miał na myśli) , efekt natomiast jest jaki jest... poza samym wspomnieniem i jakąś przykrością nic z tego więcej nie zostało. Nie lubię plotkować, ale skoro już pojawiły się tutaj komentarze takie dość emocjonalne, chcę przytoczyć rozmowę z moją koleżanką z czasów studiów. Nagle w czasie jednego roku zniknęła. Coś tam jej nie poszło właśnie z tą urbanką no i uparła się że postawi na swoim bo chodziła, uczyła się, pracowała itd. No i tak to się jej zdaniem podobno skończyło że dziekan postawił jej sprawę prosto że albo odpuści albo wylatuje i to bez powrotu. Wtedy pomyślałam że to dziwna historia, ale może faktycznie jest w tym coś skoro to teraz wychodzi. Ona odpuściła i ze studiów zrezygnowała bo bała się studiować, ale ja uważam że nie wolno dać się zastraszyć. Widzę że te sytuacje dotyczą także wykładowców, tu mam na myśli Panią Doktor Górską. To fantastyczna kobieta! Nie wiedziałam nawet że coś podobnego mogło się jej przytrafić i gdy to czytam to aż się denerwuje. Czy tam naprawdę ktoś już stracił wszelkie hamulce w tej uczelni czy o co chodzi? To jest miejsce do nauki i takim ma pozostać, co to ma znaczyć że dyskryminuje się studentów i pracowników na podstawie niejasnych uprzedzeń i ja się pytam w jakim celu? Żeby pokazać że można? Nie uwierzę w to że doktor Górska ,,zasługiwała" na ocenę 3 z habilitacji, nikt mnie nie przekona że tak mądra kobieta mogła się tak popisać biorąc pod uwagę lata pracy. Tak samo nie mogę zrozumieć czemu moja koleżanka, która ani nie była jakaś mądra inaczej, nawet uważam że to była bardzo bystra dziewczyna, studiów tych nie skończyła. Coś mi tu nie pasuje, bo co to ma znaczyć że student niby nie może wnioskować o ponowną ocenę swoich wyników nauce? Przecież uznajemy wyniki w nauce sprzed 30 lat w przypadku ludzi, którzy wychowali się w innym programie nauczania, a tu nagle student nie może prosić dziekana o wyznaczenie zastępczego sprawdzającego projekt, to jakieś nieporozumienie. Tym bardziej powinni na to jej pozwolić skoro ten projekt z urbanistyki jest większy to tomisko na miarę solidnej lektury szkolnej, w dodatku wszystko trzeba opracowywać samodzielnie bez przygotowania do rysowania map ani bez kursów ze statystyki. O moich doświadczeniach napisałam i twierdzę że to całkiem fajny kierunek, ale już za moich czasów działy się rzeczy niepokojące, z których za najdziwniejsze uważam spotkania w pubie z doktorem Wasyluk oraz bardzo dziwny egzamin z wnętrz u profesora Charytonowicz. Dziwi mnie że to ma dalej miejsce, uczelnia raczej powinna dbać o swoją renomę i pilnować takich spraw. A te historię tutaj opisane i to co wiem z relacji znajomych czy ze znajomości tematu, np. doktor Górskiej, to już jest zdecydowanie niepokojące i moim zdaniem studenci powinni się zmobilizować i sami sprzeciwić takiemu zjawisku. A może już teraz studenci się zmienili i nikt nie chce się uczyć...?
22.02.2019